EVEREST – GÓRA GÓR

EVEREST. GÓRA GÓR – WYWIAD Z MONIKĄ WITKOWSKĄ

everestowe (4)

fot. Monika Witkowska

Może interesuje Was wspinaczka i dalekie wędrówki? Czy chcielibyście się dowiedzieć, jak zdobywa się najwyższą górę świata? Jak dokładnie przygotowuje się do takiej wyprawy i jakie rzeczywiście panują tam warunki? Jak to jest wspinać się na wysokości 7000-8000 metrów n.p.m., w ujemnej temperaturze, mając przed sobą kolejne wysokości do pokonania? Jak czuje się osoba, która po dwumiesięcznych trudach zdobywa upragniony szczyt?

O tym wszystkim, ale też i o kulturze, historii i ludziach towarzyszących wyprawie na Mount Everest w maju 2013 roku, opowiedziała mi wspaniała podróżniczka, felietonistka magazynów podróżniczych oraz autorka książki „Everest. Góra Gór” – Monika Witkowska. Jestem pewna, że po przeczytaniu poniższego wywiadu książka sama trafi w Wasze ręce.

Katarzyna Kurak: Nie sposób nie rozpocząć wywiadu od chyba najważniejszego wydarzenia – w maju 2013 roku stanęłaś na szczycie Mt. Everestu, co uczyniło cię tym samym jedną z kilkunastu Polek, którym się to udało. Jakie to uczucie wejść na najwyższy szczyt świata i znaleźć się w tym wyjątkowym gronie zdobywców Everestu?

Monika Witkowska: Dla każdego człowieka, który chodzi po górach, wiadomo, że jest to poniekąd spełnienie marzeń. Pytanie tylko, czy osiągnięcie celu? Dla mnie celem było nie tyle wejście, co szczęśliwe zejście z tej góry dlatego, że osiągnięcie szczytu to jest tylko połowa sukcesu, a trudniejsze i bardziej niebezpieczne jest właśnie pokonanie tej drogi powrotnej. Wyprawę można uważać za udaną, w momencie, gdy zejdzie się bezpiecznie do bazy. Natomiast oczywiście na mnie wrażenie robiły niesamowite widoki. Celuje się i tak planuje „atak szczytowy”, żeby wystąpił on w tzw. oknie pogodowym, wtedy z założenia jest dobra widoczność. Natomiast umysł i mózg na takich wysokościach funkcjonuje zupełnie inaczej niż na dole. Wszystko rejestruje się na spowolnionych obrotach i też percepcja człowieka działa zupełnie inaczej. Oczywiście, byłam bardzo zmęczona, zmarznięta, bo jednak jest to „strefa śmierci” i organizm jest wykończony każdym ruchem, każdym krokiem i nawet wyciągnięcie aparatu wymaga sporego wysiłku. Zdobycie szczytu to była wciąż jeszcze tłumiona radość, że się udało, ale też świadomość tego, że czeka mnie jeszcze zejście.

everestowe (26)

fot. Monika Witkowska

K.K.: Czemu zdecydowałaś się na tę wyprawę? Czy zdobycie Mt. Everestu było twoim marzeniem?

M.W.: Powodów było wiele. Jak się chodzi po górach, to myśl o tym gdzieś tam tkwi. Nawet, jeśli mówimy, że nie chcemy zdobyć Mount Everestu, bo to niby komercyjna góra, to jest to takie usprawiedliwianie się i szukanie sobie pretekstu, żeby tam nie wejść. Muszę powiedzieć, że chyba nie ma wspinacza, który by nie chciał pojechać na Everest, gdyby miał taką możliwość. Jednak w moim przypadku chodziło jeszcze o coś innego. Uważam się przede wszystkim za podróżniczkę, a wszystko, co robię, te wszystkie poboczne pasje np. żeglarstwo, wspinanie, też są związane z podróżami, więc mnie interesowało w tym przypadku nie tylko wejście na szczyt. Chciałam bardzo tego dokonać, ale czując respekt w stosunku do gór zakładałam, że z różnych przyczyn, chociażby dlatego, że góra nie pozwoli, może się okazać, że nie wejdę na szczyt. Jest wielu znakomitych wspinaczy, którzy próbują
wejść na Everest po kilka razy i jakoś się nie udaje, albo się udaje, ale dopiero za którymś razem. Dlatego też nie kalkulowałam, że musi mi się udać właśnie teraz. Chciałam też po prostu zobaczyć, jak na tej górze rzeczywiście jest. Czy prawdą jest to, co piszą w mediach – że każdy może już dzisiaj wejść, że często wnoszą na szczyt. Chciałam przetestować to wszystko na własnej skórze. Ja akurat nie miałam żadnych Szerpów do pomocy, ale nawet ci co mają, wbrew temu co się mówi, nie mogą liczyć na to, że ktoś ich na szczyt wniesie, bo to niemożliwe. Zresztą, tak jak się spodziewałam, większość z sensacyjnych doniesień medialnych okazała się nieprawdą i naciąganiem faktów. Osobiście byłam zainteresowana nie tylko stroną wspinaczkową, ale też tym, żeby porozmawiać na spokojnie z Szerpami z różnych obozów, poznać innych wspinaczy, zobaczyć jak Everest wygląda tak od podszewki.

K.K.: Wyprawa na Mt. Everest jest bardzo droga, nie tylko jeżeli chodzi o sprzęt, ale również o transport czy zezwolenia. Czy mogłabyś powiedzieć, jak udało ci się zrealizować tę wyprawę pod względem finansowym? Czy korzystałaś z pomocy sponsorów?

M.W.: Wyprawa na Everest wiąże się z koszmarnymi kosztami. Właściwie wszystkie ośmiotysięczniki są drogie. Taka niskobudżetowa wyprawa na Everest z bardzo ograniczonym tlenem, bez Szerpów, którzy noszą nam sprzęt i pomagają, sięga kwoty około 30 tys. dolarów. Dla mnie to jest kwota, której do tej pory nie pojmuję, ciężko wyobrazić sobie tak duże koszta. Wszystkie moje wcześniejsze wyprawy były niskobudżetowe i bez udziału sponsorów. Zawsze jeździłam z plecakiem, autostopem, jakimiś lokalnymi środkami lokomocji. Wcześniej moją najdroższą wyprawą była ta na Grenlandię, która kosztowała 800 dolarów, a tak to nawet podróż dookoła świata była o wiele tańsza. Przykładowo miesiąc w Nowej Zelandii wyniósł mnie 150 dolarów. Jeżeli chodzi o Everest, to wiedziałam, że jest to drogie przedsięwzięcie, samo zezwolenie, sam papier na to, żeby móc się wspinać, kosztuje 10 tys. dolarów. Zrobiłam sobie bilans tego, jakimi pieniędzmi mogę dysponować, i finalnie wszystkie moje oszczędności zainwestowałam w tę wyprawę – okazało się, że Everest był ważniejszy. Udało mi się znaleźć również sponsorów, którzy pokryli 1/3 kosztów tej wyprawy. W dzisiejszych czasach jest tak, że jeśli ktoś nie ma telewizyjnego nazwiska, to o tych sponsorów wcale nie jest łatwo. Resztę kwoty, której mi jeszcze brakowało na pokrycie kosztów wyjazdu, po prostu pożyczałam. Niektórzy mogą się dziwić i zastanawiać, że za takie pieniądze można by było zrobić coś innego, np. kupić sobie dobry samochód, ale każdy ma inną hierarchię potrzeb. Ja nie żałuje, bo przeżyłam przygodę życia. Wiem też, że nie można odkładać takiej wyprawy w nieskończoność, ponieważ zawsze było by coś, jakieś wymówki, tak więc wykorzystałam szansę i dobry moment. Nawet gdybym nie weszła na szczyt, tobym nie żałowała, ze względu na wrażenia i ludzi, których poznałam.

K.K.: Jak wygląda sama wspinaczka „od kuchni”? Jakie dokładnie warunki panują w górach? I ile trwa zdobywanie tego szczytu, ponieważ czasem może się wydawać, że jest to krótki okres, a okazuje się, że może to trwać nawet do dwóch miesięcy! Jak wyglądają poszczególne etapy?

M.W.: Przede wszystkim, jeszcze zanim wyjedziemy, trzeba poświęcić odpowiednio długi czas na przygotowanie się. W moim przypadku przygotowanie kondycyjne zajęło półtora roku. Wiele razy było tak, że brakowało siły i motywacji do ćwiczeń, ale człowiek zbierał się
w sobie, gdy wiedział, że w górach będzie zdany tylko na siebie, swoją kondycję i zdrowie. Także przed samym wyjazdem czeka nas ciężka praca – godziny spędzone przy telefonach, mailach, rozmowach ze sponsorami. Jeżeli chodzi o samą wyprawę, to rzeczywiście spędza się tam te dwa miesiące. Początkowo do bazy, w przypadku Nepalu, trzeba dojść, nie da się tam dojechać. Jest to ośmiodniowy trekking. Potem w bazie trzeba mieć czas na stopniową aklimatyzację, zabiera to sporo czasu, ale jest to niezbędny etap, który pomaga uchronić się przed chorobą wysokościową. Następnie należy również etapowo wspinać się ku górze.

everestowe (1)

fot. Monika Witkowska

K.K.: Ile czasu zajmuje sam „atak szczytowy”?

M.W.: Mnie wyjście do bazy z powrotem zajęło 8 dni. Tylko trzeba dodać, że w tym czasie czekałam również na pogodę i należało przepuścić tych, którzy wyszli wcześniej. Mówi się o takich słynnych kolejkach na Everest, ale to dotyczy jednego dnia, jak się zaczyna okno pogodowe. Natomiast jak się przeczeka, to jest się już prawie samemu na szczycie, a te kolejki na Mt. Everest to jeden z mitów. Trzeba też wziąć pod uwagę, że zdobywanie Everestu, o czym nie wszyscy wiedzą, to są tylko miesiące kwiecień-maj. To nie jest tak, że już w kwietniu wchodzi się na szczyt. W kwietniu wszyscy się aklimatyzują, w maju schodzą, ponieważ w międzyczasie następuje tzw. rest, kiedy schodzi się do bazy czy gdzieś niżej na odpoczynek. Im wyżej jesteśmy w górach, tym bardziej organizm się wyniszcza i trzeba wtedy maksymalnie nisko zejść, żeby się zregenerować, odżywić. Na dużych wysokościach wszyscy bardzo szybką tracą na wadze. Ja zgubiłam 10 kilogramów, a wspinacze z mojego obozu tracili nawet do 20. To wszystko dzieje się w bardzo krótkim czasie, bo była to kwestia około sześciu tygodni. Człowiek widzi, że jest coraz słabszy, dlatego ta regeneracja i aklimatyzacja jest potrzebna. Wracając do „ataku szczytowego”, w tym roku okno pogodowe otworzyło się w drugiej połowie maja tak, że wszystkie ataki wypadały w tym czasie. Wcześniej na szczycie nikogo nie było. Pierwsi Szerpowie, którzy poręczowali drogę, weszli tam dopiero w okolicy 15 maja. W każdym razie to nie jest tak, że na Evereście non stop są jakieś tłumy, ponieważ okno pogodowe trwa około tygodnia. Jak ktoś w tym czasie nie wejdzie na szczyt, to już niestety jego szanse na zdobycie góry przepadają, ponieważ zaraz potem przychodzi monsun i jest koniec sezonu. Teoretycznie jeszcze na jesieni jest takie okno pogodowe, ale na jesieni skuteczność wejść jest na tyle mała, że praktycznie nikt tam się wtedy nie wspina, bo szkoda pieniędzy, które pójdą na marne.

everestowe (35)

fot. Monika Witkowska

K.K.: Na wyprawie na Mt. Everest byłaś sama? Czy szłaś później w grupie? Jak to wygląda?

M.W.: W sumie byłam sama, ale ze względów logistycznych czy finansowych nikt nie chodzi sam, bo to się kompletnie nie kalkuluje w sensie rozłożenia kosztów. Wspinacze samodzielni, tacy jak ja, zgłaszają się do tzw. agencji – to są takie firmy, które organizują wyprawy, nie tylko na Everest, ale i na inne ośmiotysięczniki. Agencja, do której ja się zgłosiłam była jedną z tańszych, zebrała akurat ósemkę wspinaczy, którzy też byli sami. Byli to m.in. Amerykanie, Brytyjczyk, Irlandczyk. Wcześniej się nie znaliśmy, a wyglądało to tak, że robiliśmy wspólne obozy, natomiast każdy na górze działał tak, jak chciał. Oczywiście tworzyły się też jakieś zespoły w grupie, jeśli ktoś się z kimś bardziej polubił. Ja najczęściej obracałam się w gronie Amerykanina i Irlandczyka. Wiadome jest, że każdy ma swoje własne, indywidualne tempo, i mimo, że dobrze jest wspinać się w grupie, to przy „ataku  szczytowym” każdy idzie już niezależnie od grupy. Ja miałam wtedy akurat duży problem z kaszlem i wiedziałam, że jestem trochę słabsza. Wyszliśmy z obozu w piątkę – ja, Amerykanin, Irlandczyk i jeszcze takich dwóch Szerpów, którzy zdobywali Everest swoją oddzielną grupką , ale już po pół godzinie każdy z nas szedł swoim tempem. Irlandczyk nawet chciał poczekać na mnie, ale sama mu mówiłam, żeby nie przejmował się i szedł do góry tak, jak mu pasuje, ponieważ nie chciałam go spowalniać. Później się okazało, że i tak na górze wszyscy się spotkaliśmy. Chłopcy na mnie poczekali. To nie były aż tak duże różnice czasowe jak myślałam, ponieważ okazało się, że oni weszli na szczyt, mimo wszystko, niewiele wcześniej niż ja. Wynikało to z tego, że wchodzi się w nocy, w ciemności, i dlatego nie widzieliśmy się wcześniej podczas wspinaczki. Dzięki temu, że wchodziliśmy razem, miał mi kto zrobić zdjęcie na szczycie.

K.K.: Który etap był dla ciebie najtrudniejszy podczas całej wspinaczki na szczyt?

M.W.: Jeżeli chodzi o etap najtrudniejszy z punktu widzenia kondycyjnego, to oczywiście ostatni odcinek – „atak szczytowy” – dlatego, że w „strefie śmierci” jest po prostu bardzo ciężko. Im wyżej, tym bardziej każda czynność zaczyna stanowić problem. Każde schylenie czy każdy ruch wywołują zadyszkę. Przede wszystkim to brak tlenu na tej wysokości sprawia, że jest tak trudno. Obecnie, praktycznie wszyscy wchodzą na Everest z dodatkowym tlenem, w tym roku ja wiem o czterech osobach, które próbowały wspinaczki bez tlenu, jedna z nich zmarła. Nie wiem czy udało im się zdobyć szczyt, ale ten wspinacz, co zmarł, na pewno zdobył. Czyli ogólnie prawie wszyscy wchodzą z tym dodatkowym tlenem, Szerpowie również. Z Polski, jak na razie, beztlenowego wejścia dokonała jedna osoba (Marcin Miotk), wszyscy pozostali, nawet znane nazwiska, wspomagali się tlenem. Ten dodatkowy tlen nie daje nam pełnej regeneracji sił i łatwości ruchów, obniża nas jakby o około tysiąc metrów, ale nadal jesteśmy w trudnych warunkach. Na górze jest tak, że kryzys przychodzi co chwila, człowiek chce zawrócić, wycofać się. Najczęstsze powody śmierci na tej wysokości to wyczerpanie i zamarznięcia. Jeżeli chodzi o podejście psychiczne, to najtrudniejszym etapem jest Icefall. To pierwszy odcinek pomiędzy bazą, a obozem pierwszym. Niby jest nisko, ale tam z kolei barierę psychiczną stanowią seraki – wielkie bloki lodu i śniegu, które się co jakiś czas obrywają i pod nimi trzeba przejść. Nigdy nie wiadomo, kiedy się który zawali i można być najlepszym wspinaczem świata i zginąć w ten sposób, bo coś nam spadnie na głowę. To jest bardzo stresujący, wyczerpujący psychicznie oraz fizycznie etap, podczas którego sporo osób się wycofuje. Ja sama zdążyłam poznać kilka osób, dla które nie były w stanie go przejść. Pewien Irańczyk, którego było stać na to, zamówił sobie helikopter, który miał go przetransportować to następnego obozu. Ale lider jego grupy powiedział : „jak ty nie jesteś w stanie przejść Icefallu, to nie dość, że się nie zaaklimatyzujesz, to nie zasługujesz na to, żeby wspinać się wyżej” i nie zgodził się. Irańczyk obraził się na wszystkich i musiał zrezygnować z wyprawy. Nawet w naszym obozie był chłopak, Australijczyk, bardzo wysportowany, triathlonista, o świetnej kondycji, który nie zamierzał wspinać się na sam szczyt, ale chciał dotrzeć do jednego z wyższych obozów. Okazało się jednak, że po pierwsze – jego organizm bardzo źle reaguje na wysokość, po drugie – przypomniał sobie o dzieciach i żonie. Dwukrotnie robił podejście do Icefallu i się wycofywał, więc nigdzie wyżej nie wszedł.

K.K.: A jaki dla ciebie był Icefall? Był najtrudniejszym etapem?

M.W.: Dla mnie był fascynujący, ponieważ to jest przepiękne miejsce z punktu widzenia widokowego. Każdy się stara przechodzić Icefall w nocy, ponieważ jest wtedy bardziej zmrożony i jest mniejsze ryzyko, ale ja celowo raz poszłam w ciągu dnia, żeby zrobić zdjęcia. Kilka razy się przechodzi ten odcinek w ramach aklimatyzacji, każdy tego unika i jak najmniej stara się po nim chodzić. Mi się Icefall szalenie podoba. Natomiast występuje na tym etapie dużo szczelin, przez które przechodzi się na drabinkach, co bywa bardzo stresujące i trzeba się przełamać.

everestowe (9)

fot. Monika Witkowska

K.K.: Nie czułaś lęku, nie chciałaś zrezygnować przechodząc właśnie taką szczelinę?

M.W.: Na początku tak. To było takie nienaturalne, że w rakach, które sprawiają, że jest jeszcze bardziej ślisko, idę po jakichś drabinkach. Jeszcze jak idziemy z kimś to ktoś nam napnie linkę, dzięki czemu tworzy się coś w rodzaju poręczy i pomaga to utrzymać równowagę, a jak idziesz sam to nie masz żadnego oparcia. To jest kwestia psychiki, bo nie jest nienaturalne, że masz pod sobą kilkadziesiąt metrów głębi, czeluści, ale w końcu przechodzisz. Na początku, nie ukrywam, bałam się pierwszego przejścia, zwłaszcza że były drabinki, które były źle zamontowane, chybotliwe i każdy krok na nich to była walka ze sobą. Natomiast później nie robiło to na mnie już takiego wrażenia. Większość ludzi na Evereście to wspinacze już doświadczeni, ale jest pewna grupa ludzi, która myśli sobie, że jak mają pieniądze to mogą sobie „górę kupić”. Icefall właśnie weryfikuje tych ludzi. Ci, którzy się nie nadają, odpadają przeważnie na tym odcinku. W tym roku wydano około 315 zezwoleń na zdobywanie Everestu od strony nepalskiej, z czego oceniam że na szczyt dotarło nie więcej niż jedna trzecia. Wydaje mi się, że bardzo dużo osób wykruszyło się po drodze. Po pierwsze ze względu właśnie na Icefall, po drugie z powodu zimna, warunków, choroby wysokościowej czy problemów z aklimatyzacją. Organizmy wspinaczy reagują bardzo różnie – mogą pojawić się wymioty, nagminne bóle głowy, problemy ze spaniem, obrzęki mózg i płuc.

K.K.: Czy miałaś taki moment, w którym już w pewnej chwili chciałaś się wycofać? Była taka chwila rezygnacji?

M.W.: Każdy ma takie momenty. Takich powodów, przez które chciałam się wycofać było wiele. Nie raz w trakcie wyprawy zastanawiałam się, czy warto ryzykować swoje życie. Były też ciężkie momenty wynikające z tego, że człowiek był słaby, już mu się nie chciało. Do tego dochodzi taki zwykły ludzki strach, że można nie wrócić. Dla mnie zawsze trudne były chwile, kiedy dowiadywałam się, że znów ktoś zginął. W tym roku zginęło dziewięć osób. Dla mnie szczególnie smutna była śmierć Aleksieja Bołotowa, którego zdążyłam poznać. Pije się z kimś herbatę w jego namiocie, a później po dwóch tygodniach słyszy się od Szerpów, że widzieli kogoś spadającego ze skały, i okazuje się, że to ten sam człowiek, którego się poznało. Natomiast przy ataku szczytowym to już prawie co chwilę miałam trudne momenty. Przypominałam sobie wówczas, ile trudu i ile pieniędzy to kosztowało, i to był jakiś bodziec. Oczywiście był to bodziec do pewnego momentu, ponieważ trzeba także wiedzieć, kiedy należy się wycofać. Wiedziałam, że nic za wszelką cenę. Ważne, żeby nie przecenić swoich umiejętności i możliwości, bo można na tej górze zostać na zawsze.

K.K.: Czy uważasz, że to właśnie adrenalina jest takim czynnikiem, który determinuje i znieczula ten strach?

M.W.: W pewnym stopniu tak. Wiem, że są ludzie uzależnieni od adrenaliny, ja też do nich należę. Musimy czasami zaaplikować sobie taką dawkę strachu, lęku, aby później odczuć satysfakcję, że się udało pokonać jakieś swoje słabości. Adrenalina jest tylko jednym z elementów, ale na pewno coś takiego jest, że ci ludzie, którzy już tam są, muszą być trochę od tego uzależnieni.

K.K.: Czego uczą nas góry? Czego ciebie nauczyła ta wyprawa? Wzbogaciłaś się o wiele doświadczeń, które możesz obecnie wykorzystać?

M.W.: Oczywiście, każde zetknięcie z górami czegoś nas uczy. Dla mnie każdy taki wyjazd jest też lekcją poznawania samej siebie. Sprawdzania swojego charakteru, ponieważ okazuje się, że ta poprzeczka moich możliwości jest dużo wyższa niż sobie zakładam. Nie chodzi tutaj tylko o aspekty fizyczne, ale i o psychiczne. Jest to też na pewno przełamywanie swoich lęków i słabości. Na takich górskich wyprawach jest dużo czasu na różne przemyślenia, więc przychodzą takie naturalne myśli, że nam się udaje, ale każda kolejna wyprawa to jest kredyt od losu czy od dobrych ludzi, którzy mi pomagają te marzenia spełniać. Natomiast są też ludzie, którym z różnych przyczyn się nie udaje. Pomijam tych, którzy na własne życzenie nawet nie próbują, ale jest duża grupa tych, którzy nie mogą przykładowo ze względów zdrowotnych. Wówczas nabiera się dystansu i nasze problemy okazują się małe. Zdajemy sobie sprawę, że nam się udaje, ale sporo osób nie ma szansy spełniania swoich marzeń, nawet tych prozaicznych. Człowiek ma także okazję, żeby pomyśleć trochę o swoim własnym życiu, zastanowić się nad tym, co mu na co dzień ucieka. Dodatkowo, w górach, zaczynamy doceniać proste rzeczy, których wówczas brakuje, np. łóżko, prysznic, ciepłą wodę, dobre jedzenie. Jest to też takie oderwanie, totalny reset, który daje nam energię na działanie przez kolejne miesiące. Góry na pewno uczą też hartu ducha, stajemy się bardziej odporni na wiele spraw i jest nam łatwiej w życiu codziennym.

everestowe (18)

fot. Monika Witkowska

K.K.: Szykujesz się na kolejne wyprawy na ośmiotysięczniki? Zdradzisz nam swoje najbliższe plany?

M.W.: Ja sportowo się nie wspinam, nie myślę o zdobywaniu Korony Himalajów, nie pobiję też żadnych rekordów szybkościowych, z różnych powodów. Raz, że za późno zaczęłam jeździć w góry wysokie, dwa – góry traktuję w kategoriach podróżniczych. Moją taką misją, powodem, dla którego jeżdżę w góry jest chęć pokazania ich innym ludziom, od strony nie tylko tej sportowej i wyczynowej, ale i od strony historii, kultury. Obecnie wspinacze często skupiają się na zdobyciu szczytu nic o danej górze nie wiedząc. Książkę o Evereście pisałam z myślą o tym, żeby ukazać duszę góry, jej historię, ciekawostki przyrodnicze czy etnograficzne, opowiedzieć o ludziach, którzy żyją w rejonie tej góry, o ich obyczajach, tradycjach, wierzeniach. Co do planów to zamierzam skończyć Koronę Ziemi i poza tym wejść na dwa ośmiotysięczniki. Na pewno chciałabym wejść na Lhotse, ponieważ jest górą sąsiadującą z Everestem, więc za jakiś czas chciałabym zobaczyć jak zmienia się Everest. Droga na te oba szczyty jest w sumie wspólna, dopiero na ostatnim odcinku się rozgałęzia. Oprócz Lhotse, chciałabym również wybrać się na któryś z ośmiotysięczników w Karakorum, więc albo Broad Peak albo Gaszerbrum. Idea jest taka, by zobaczyć inną grupę górską niż Himalaje.

K.K: Moniko, dziękuję ci bardzo za tak miłą rozmowę i życzę ci powodzenia w dalszych wyprawach górskich.

M.W.: Ja też bardzo dziękuję i do zobaczenia.

Zachęcam Was do odwiedzenia strony Moniki Witkowskiej: http://www.monikawitkowska.pl, na której znajdziecie mnóstwo porad i szczegółowych relacji z podróży, do ponad 130 krajów!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *