Dzienniki Autostopowe – Chorwacja ’16

Stoję na drodze. Raz mijają mnie rzędy aut, busów i ciężarówek, raz – nie przejeżdża nic przez kolejne pół godziny. Stoję w pełnym słońcu, chwytając przyjemny wiatr, a czasem moknę na deszczu. Jednak zawsze chwilę zastanawiam się nad tym, co się zaraz wydarzy – gdzie pojadę, kogo poznam, do czyjego świata wejdę na godzinę, trzy, lub może prawie cały dzień. Wyciągam kciuka nie wiedząc, co dalej – to początek podróży w nieznane, chociaż wszystko okazuje się zależeć od tej odrobiny szczęścia.  Podróży pełnej niewygody, zmęczenia, stresu czy obawy. Ale jest w tym coś, co wynagradza wszelkie trudy. Magia bycia w drodze.

IMG_20160501_102956

AUTOSTOP CHALLENGE 2016 – KIERUNEK CHORWACJA

„Każda podróż ma ukryty cel, o którym podróżujący nie ma pojęcia”.

Myśl o tym, że chociaż raz chcę wziąć udział w takim wydarzeniu narodziła się już dawno temu. Do tej pory na przeszkodzie stały studia, praca, inne zdarzenia, ale w tym roku zdecydowałam, że muszę spróbować. Odkąd założyłam bloga i podjęłam inne – mniejsze lub większe –  decyzje, staram się dążyć do tego, by z każdej okazji na spełnianie marzeń korzystać. Lub samej takie stwarzać. Wcześniej jeździłam już autostopem, dlatego nie był to dla mnie pierwszy raz. Jednak nigdy dotąd nie brałam udziału w wyścigu. Padło na wyścig organizowany przez naszą warszawską Szkołę Główną Handlową. Celem tegorocznej edycji był Zaton – mała chorwacka miejscowość niedaleko Zadaru. Ponad 100 par autostopowiczów miało ścigać się od czwartku do wtorku w drodze na upragniony kemping. Tyle samo par pojawiło się z wielkimi plecakami, tobołami i odpowiednim sprzętem na miejscu startu. Wszyscy ruszyli we czwartek o godzinie 9.00 spod SGH. My – nieco później. Ruszając w sobotę nad ranem, pokonaliśmy ponad 1500 kilometrów i po trzech dniach drogi dotarliśmy do celu.

IMG_20160428_080117

TRASA – WARSZAWA [PL] – ZATON [CRO]

DZIEŃ 1 

WARSZAWA-KRAKÓW-BUDAPESZT-BALATON – 880 KM 

„Być w drodze – oto, co im się marzy”

W Warszawie właśnie zaczęło świtać, gdy opuściliśmy mieszkanie i wyszliśmy na ulicę. Na kilka dni żegnaliśmy się z – jak się później okaże – najwygodniejszym (bo czystym i miękkim) łóżkiem, z łazienką – dobrem tak bezcennym, z lodówką i innymi rzeczami, których istnieniem na co dzień za bardzo się nie przejmujemy. Chyba już z tego i tak dwudniowego opóźnienia zdecydowaliśmy się wystartować z Krakowa, do którego udaliśmy się pociągiem. W Krakowie, dokładniej na trasie wylotowej w kierunku Zakopanego, rozpoczęła się nasza autostopowa przygoda. Jeszcze czyści i pachnący cieszyliśmy się na nadchodzące, niewiadome zdarzenia. Bardzo chcieliśmy dostać się do celu w dwa dni, by móc odpocząć i nacieszyć się kempingowym relaksem. Po pokonanym dystansie można by się spodziewać, że nam się uda, jak bardzo się jednak myliliśmy…To podstawowa cecha autostopu – nigdy nie wiesz jak się potoczy i gdzie Cię zaprowadzi 🙂 To jedna z jego najlepszych cech.

IMG_20160430_100226

20160430_095951

13083320_1088336441189868_9163278915144793916_n

Pierwszym kierowcą spotkanym na drodze (złapanym po 5 minutach) był bardzo sympatyczny inżynier kolejnictwa z Krakowa. Od rozmów o krakowskim smogu oraz odwiecznym warszawsko-krakowskim sporze, przez sytuację w Polsce i problem emigracji, aż po wzajemne postrzeganie autostopowiczów i kierowców – dotarliśmy do Rabki Zdrój. Od naszego współtowarzysza zapamiętam na pewno, „by korzystać z młodości i życia – by było co pamiętać i o czym opowiadać” 🙂 Tam, po kolejnych kilku minutach byliśmy już w kolejnym samochodzie. Jurij i Siergij, Ukraińcy mieszkający w Polsce, stali się tego dnia naszą ‚rodziną’. Przejechaliśmy wspólnie kawałek Polski, całą Słowację oraz kilometry na Węgrzech. Zjedliśmy razem obiad, poznawaliśmy różnice językowe – niekiedy aż nazbyt zabawne lub zmieniające postrzeganie dotychczasowego świata 😉 Mimo, że chłopaki jechali jedynie po niepłatnych drogach, dodatkowo czasami zwalniając do 20 km/h… jesteśmy im bardzo wdzięczni, że zechcieli nas zabrać. Może kiedyś przypadkiem spotkamy w Krakowie informatyka o językowych zainteresowaniach oraz jego kompana – instruktora wspinaczki, kiedyś zapalonego autostopowicza, a w duchu wiecznego Piotrusia Pana.

Po miłej podróży z chłopakami, sprawy zaczęły się nieco komplikować – najpierw stanęliśmy w złym miejscu, z którego dosłownie uratowali nas dwaj Węgrzy (zawracając specjalnie z drogi) – podrzucili nas na najbliższą stację benzynową. Tak po prostu, bo byli na tyle dobrzy, żeby komuś pomóc. Następnie młoda para podrzuciła nas jeszcze 5 kilometrów, żebyśmy finalnie mogli spotkać Imbrę – instruktora paraglidingu, który właśnie wracał z pracy do Budapesztu. Nie mogliśmy wyjść z obopólnego zdziwienia – on nie dowierzał, że jeszcze tego samego dnia rano byliśmy w Warszawie w domu, o czym musiał opowiedzieć komuś przez telefon. My byliśmy zaskoczeni, że kolejny Węgier sam z siebie robi dla nas coś dobrego, mimo że nie do końca mu to na rękę. Imbra podwiózł nas na drugi koniec miasta, żeby wygodnie było nam złapać stopa już nad Balaton. Było ciemno więc szanse malały z każdą minutą. Z trasy wylotowej  w kierunku jeziora udało nam się wydostać dzięki młodej parze jadącej akurat w te okolice. Późną nocą dotarliśmy finalnie nad Balaton, rozbijając namiot w parku wśród drzew – jak się okaże następnego dnia o poranku – z pięknym widokiem na całe jezioro. Dla takich momentów zdecydowanie warto udać się w podróż.

IMG_20160501_082249

IMG_20160501_093542

IMG_20160501_093503

IMG_20160501_102956

DZIEŃ 2 

BALATON – GRANICA WĘGIERSKO-CHORWACKA – 150 KM 

„Nie martw się porażkami. Martw się szansami, które straciłeś, bo nawet nie chciałeś spróbować”

Dzień koszmar. Tyle w zupełności by wystarczyło, żeby opisać nasze ‚doświadczenia’ na trasie. Spanie w ładnej okolicy i delektowanie się widokami ma swoje uroki, ale i wady. Nie mogąc wydostać się znad Balatonu, krążyliśmy przez 2 godziny po pobliskich drogach, aż w końcu po mozolnym czekaniu mieliśmy podwózkę na najbliższą stację benzynową. Tam, niestety chyba po raz pierwszy zetknęliśmy się z wyjazdowym koszmarem, który towarzyszył nam w późniejszej drodze. Lądując na stacji w życiu nie spodziewałabym się, że zastanę na niej coś w rodzaju autostopowego korka złożonego z kilku par autostopowiczów, do tego oczywiście z Polski. I tu niestety wkradł się pierwszy mankament tej podróży, na który złożyło się kilka czynników.  Stanie w tzw. kolejce do złapania stopa, niemożność wydostania się z danej stacji, widok grupy kilkunastu osób z plecakami, porozrzucanymi rzeczami, koczujących na każdy podjeżdżający samochód nie tylko odstraszał potencjalnych kierowców, ale przede wszystkim odbierał całą radość i magię autostopu. Bo czym można nazwać wkładanie kartonowych tabliczek tuż pod sam nos i błaganie o zabranie ze sobą? W efekcie liczba osób koczujących na danej stacji oraz zaczepianie wszystkich wokół odstraszało. Najgorsza w tej całej sytuacji była bezradność, ponieważ znajdując się na takiej stacji było tylko jedno wyjście na wydostanie się – złapanie kierowcy, a to z powodu wyżej wymienionych powodów urastało do rangi zadania niemożliwego. Nie można było przejść na najbliższą stację, łapać na drodze (autostrada). Pozostawało czekać lub czasem, niestety, trochę naginać ogólnie przyjęte zasady.

Przez kolejne dwa dni zdarzało nam się to już nagminnie. Lądowaliśmy na stacjach benzynowych, gdzie musieliśmy czekać aż inni coś złapią, bo wszyscy informowali nas od razu, że przecież jest „kolejka”. Najbardziej stresowała myśl, że mamy tak mało przejechanych kilometrów, oraz to, że niektórzy podobno utknęli na danej stacji na ponad dzień. Co chwilę, do i tak licznej grupy, dołączali kolejni autostopowicze – okazywało się, że z innych tego typu wyścigów – z Poznania, Sopotu, Wrocławia czy Krakowa. Zastanawialiśmy się jak to możliwe, że tak się złożyło, tyle osób w tym samym czasie jadących w tych samych kierunkach. Mimo, że ludzie poznawani na drodze byli mili, widok każdej kolejnej osoby chcącej jak my wydostać się z tego miejsca i ruszyć dalej – powodował tylko większe zniechęcenie i złość. Pod tym względem idea wyścigów autostopowych mija się z celem. Kiedy już wydostaliśmy się  z jednej stacji, trafialiśmy na kolejną. Starając się nie poddawać, kierowaliśmy się od razu na wyjazd ze stacji, żeby tam łapać stopa. Niestety, nagabywani uprzednio przy dystrybutorach kierowcy, nie zatrzymywali się.

Tego dnia przejechaliśmy jedynie 150 kilometrów, docierając do granicy węgiersko-chorwackiej. Przyznam szczerze, że był to dla mnie przełomowy moment podróży, podczas którego pojawiło się pierwsze zwątpienie. Naprawdę cały czas wierzyłam w dobrą passę, jednak kolejne małe porażki demotywowały coraz bardziej. O stresie pozwolili nam na chwilę zapomnieć nowi znajomi. Na granicy spotkaliśmy dwie polskie pary  – co ciekawe, obydwie pary znały się zaledwie kilka dni, a zdecydowały się na wspólną podróż za pośrednictwem grupy autostopowej na facebooku. To pokazuje, że czasem z pozoru obcy ludzie mogą okazać najlepszymi kompanami podróży 🙂 I tak, w szóstkę spędziliśmy miły czas, w miejscu, gdzie nie działo się nic i z którego nie mogliśmy się wydostać. Przez ten krótki czas po raz kolejny doznałam tego wrażenia, że rozmawiasz z kimś przez 5 minut, a wydaje Ci się jakbyście dobrze się znali, nadawali na tych samych falach,  mieli podobne poczucie humoru. Może to głupie, ale lubię analizować takie drobiazgi. Uwielbiam gdy od ludzi bije wewnętrzny optymizm,  ciekawość, i taki fajny sposób bycia.

DZIEŃ 3

GRANICA WĘGIERSKO-CHORWACKA-ZAGRZEB-RIJEKA-ZADAR-ZATON – 550 KM

 „Rzeczy nie są takie straszne, gdy masz u boku najlepszego przyjaciela”

Można powiedzieć, że na granicy utknęliśmy jak w martwym punkcie  – na  dobre kilkanaście godzin, spędzając noc pod namiotem w deszczu. Spaliśmy tuż przy bramkach granicznych, dlatego też rano służba celna od razu kazała nam się zbierać.  Wstaliśmy brudni, cali mokrzy i zmarznięci, tuż po świcie. Częstotliwość przejazdów jakichkolwiek pojazdów nie napawała optymizmem – miasteczko zdawało się być wymarłe, a gdyby tego było mało – w okolicy pojawiła się kolejna grupa autostopowiczów, równie zdeterminowanych do wydostania się stąd. Wtedy nadszedł taki moment (jeden z kilku podczas podróży), kiedy już miałam tak dosyć tego miejsca, że za wszelką cenę – stania godzinę na deszczu, wpychania się, naginania zasad, narzucania się, długiego marszu – musiałam je opuścić.  Tir i kierowca Węgier spadł nam jak z nieba. Podwiózł nas w okolice Zagrzebia – oczywiście na stację benzynową, gdzie nie poszliśmy nawet do stopujących Polaków, tylko od razu udaliśmy się na drogę wyjazdową i tam w deszczu staliśmy przez godzinę z plecakami. Zabrał nas młody prawnik – całych przemoczonych – i był tak miły, że podwiózł nas aż pod bramki wjazdowe na autostradę. Była jeszcze dość wczesna godzina, dlatego pełni optymizmu wierzyliśmy, że za kilka godzin będziemy już leżeć na trawie na kempingu.

IMG_20160502_082751

IMG_20160503_131001

Jakieś 4 godziny później tkwiliśmy wciąż w tym samym miejscu, a konkurencja autostopowa wciąż rosła. Już nawet wiem, co było prawdziwym challange’m tego wyścigu – nie dojazd na metę, a każdorazowa walka  o miejsce na drodze. Pomału traciliśmy nadzieję, że uda nam się tego samego dnia dojechać. W wyniku różnych okoliczności, wspólnie musieliśmy podjąć spontaniczną i ryzykowną decyzję o totalnej zmianie trasy. Dojazd do Zadaru autostopem był wówczas prawie niemożliwy – wszyscy autostopowicze jechali w tamtą stronę, a dodatkowo brakowało kierowców jadących w tym kierunku. Wszyscy za to kierowali się na Rijekę – piękno miasteczko położone około 300 kilometrów na północ od Zadaru, nad samym Adriatykiem. Kochany, starszy Pan – dziadek rozkosznych wnuczek, miłośnik historii (nota bene dobrze zorientowany w naszych polskich dziejach), niezły żartowniś – podjął wyzwanie podrzucenia nas do busa, który odjeżdżał wieczorem do Zadaru. Mieliśmy około 130 kilometrów do pokonania w niecałą godzinę. Nie wiedząc czy się uda, i nawet nie mając pomysłu, co zrobimy w przypadku porażki ruszyliśmy z miejsca. Mknęliśmy ponad 160 km/h po autostradzie z ślicznymi widokami – śródziemnomorską przyrodą, górami, przepaściami i miasteczkami wetkniętymi w skały. Do tego rozmawialiśmy w dziwnym języku – ni to polskim, ni to chorwackim czy angielskim, ale co najlepsze – dogadywaliśmy się bez słów 🙂

Zdążyliśmy. Pan właściwie wprowadził nas do autokaru, dając znać, że jesteśmy studentami z Polski i opisując naszą sytuację. Staliśmy się jakby pasażerami na gapę – zapłaciliśmy znacznie mniej niż kosztował bilet, dodatkowo kierowca autobusu zachowywał się niczym włoski mafioso załatwiając interesy „na stronie”, bez świadków. Weszliśmy do autokaru i… padliśmy jak dzieci. Spaliśmy dobre 5 godzin. Dwie myśli na boku: 1) w podróży każde suche i ciepłe miejsce, gdzie możesz usiąść i na chwilę odetchnąć, w tym przypadku zwykły autokar, staje się nagle całym twoim światem. 2) Dziwne uczucie, że nigdy już nie zobaczysz obcego człowieka, który przez godzinę zrobił dla Ciebie więcej niż niejeden znajomy przez całe życie. Całkowicie bezinteresownie. Zwłaszcza, że różnica wieku mogłaby powodować mniejsze zaufanie czy obawy wobec osób, które wpuszcza się do swojego samochodu. Kolejna lekcja, by nie oceniać książki po okładce i próbować, zawsze.

Możecie sobie wyobrazić jaki poziom osiągnął nasz stres tamtego dnia. Była 1 w nocy kiedy wysiedliśmy na dworcu w Zadarze. Zmęczeni, głodni, brudni, sfrustrowani. Od celu dzieło nas już zaledwie kilkanaście kilometrów. Musieliśmy dotrzeć, bo rano miał odjechać autokar powrotny do Polski. Było ciężko, nawet bardzo. Nie wiedzieliśmy co robić – czekać czy iść przed siebie. Przeszliśmy 2 kilometry w nadziei, że coś zaraz tamtędy przejedzie i nas zabierze, na kemping, do domu. Niestety, przez godzinę nic. Każdy z nas denerwował się na tę patową sytuację, ale i na drugą osobę, byliśmy już psychicznie zmęczeni. Jednak nie wyobrażam sobie, żebym miała być tam sama, nie wiem co bym zrobiła.  Pierwszy raz trochę się bałam – tej pustki, głuszy, ciemności, niewiadomej. Kiedy ktoś w końcu się zatrzymał nie wierzyłam, że zaraz będę na miejscu. Za kilkanaście minut wejdę do ciepłego kempingowego domku, zrzucę plecak, padnę na łóżko, a na dodatek będzie na mnie czekała niespodzianka – szampan i jedzenie, które przygotowali przyjaciele. Z tego miejsca muszę im podziękować nie tylko za to, ale i za wsparcie podczas całego wyścigu, dodawanie otuchy i najlepsze towarzystwo 🙂

Jadąc tym samochodem obydwoje odetchnęliśmy z ulgą. Zrobiliśmy to! Autostop zaprowadził nas aż tutaj. Zaprowadził nas na skraj radości, ale i fizycznego oraz psychicznego zmęczenia, pokazał nam, że niczego nie da się przewidzieć, nauczył podejmować decyzje. O tyle trudne, że zawsze musiały być szybkie, a co gorsza, i kluczowe dla późniejszych wydarzeń.  Poznaliśmy świetnych ludzi, przede wszystkim tych, którzy nam zaufali i wpuścili nas do swojego świata, tych którzy okazywali się tak bardzo pomocni i ciekawi nas, naszego życia. Najważniejszymi ludźmi w tej podróży byliśmy jednak my sami – 24 godziny na dobę zdani na siebie. Byliśmy w podróży i zabawni, energiczni, szaleni, ale i źli, a momentami nawet dla siebie okropni. Jednak przeżyliśmy razem coś niesamowitego – przygodę, którą będziemy pamiętać przez całe życie.  W końcu rzeczy nie są takie straszne, gdy masz u boku najlepszego przyjaciela. I o tym właśnie myślałam kiedy piosenkę mojego życia śpiewał wtedy w samochodzie Chris Martin. Jak zawsze w ważnych chwilach, przyszła do mnie sama.

IMG_20160503_114913

IMG_20160503_115441

IMG_20160503_120349

IMG_20160503_115654

Czy pojadę jeszcze na taki wyścig? Raczej nie. Nie chcę być ograniczona czasowo ani w żaden inny sposób.  Jednak fanką autostopu pozostanę zawsze. Po raz kolejny mogłam się przekonać, że są dobrzy ludzie, skłonni Ci pomóc, chcący poznać Ciebie, twoje życie, twój kraj. Pamiętam autostopowe historie z Armenii – tam działo się więcej niż mogłam sobie wyobrazić. Tamtejsze zdarzenia, ludzie i przygody powodowały, że można by zakochać się w autostopie. To była prawdziwa magia. Niespieszna, pozwalająca na swobodny bieg wydarzeń, dająca tę fascynującą nieprzewidywalność. Mimo że teraz dotarliśmy do celu, nie to tak naprawdę zapamiętamy z tej podróży. Ważna była droga, jaką pokonaliśmy, by się tam znaleźć. Cieszenie się sukcesami, ale i porażkami, nauka na przyszłość i chęć na więcej.

Podziel sięShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestEmail this to someoneShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *