Marrakesz #1. Czerwone miasto nad miastami

IMG_8921

Na lotnisku Menara w Marrakeszu lądujemy kilka minut po 22-ej. Po całym dniu spędzonym w podróży i na lotniskach zmęczenie daje nam się we znaki, plecaki choć nie ważą nawet 10 kg –  ciążą, a drobny stres i motyle w brzuchu, wzbudzone kolejnym lotem, powoli opadają. Jednak poziom naszego podekscytowania i radości bije wszystkie małe niedogodności na głowę. Długo wyczekiwany moment wreszcie nadszedł, spotkanie z Maroko rozpocznie się już za chwilę i otworzy przed nami zupełnie inny świat, którego dotąd żadne z nas nie poznało.

10895497_810649532341172_137294366_n

 

Ledwo przekraczamy próg lotniska, a przed nami już pierwszy wyzwanie, czyli przedostanie się do centrum miasta na Plac Dżemaa el-Fna. Planowaliśmy złapać autobus, który jedzie bezpośrednio z lotniska do placu, jednak od razu wpadliśmy w oko kilku taksówkarzom. Po pierwszym targowaniu (całkiem udanym;)) jedziemy już starym mercedesem i mimo zmroku podziwiamy zza szyb egzotyczną i bujną przyrodę – mniejsze i wysokie palmy, które kołyszą się lekko na wietrze, przysadziste kaktusy, niskie krzewy i wiele roślin, których nazw nawet nie znamy. Po kilkunastu minutach wysiadamy kilka kroków od medyny i rozpoczynamy poszukiwania naszego hostelu, który mieści się na jednej z krętych i wąskich bocznych uliczek tuż przy głównym placu. Gęstych i zawiłych ulic nie sposób jednak odnaleźć ani na mapie ani w praktyce. Błądząc tak przez kilka minut w końcu przypadkowo trafiamy pod właściwy adres. Hostel przypomina stary marokański dom lub zajazd – na ścianach dookoła małe kolorowe płytki, na środku otwartego dziedzińca pnie się wysoka roślinność, w głębi tradycyjne meble. Mieszkamy na ostatnim piętrze, tuż przy tarasie z widokiem na miasto.

Zmęczeni całym dniem, zostawiamy rzeczy i opuszczamy pokój, by po raz pierwszy poczuć to miasto. Kierujemy się na Plac Dżemaa el-Fna, od którego dzieli nas zaledwie kilkadziesiąt metrów.  Pierwsze spotkanie robi na nas duże wrażenie – mimo późnej pory wokół dziesiątki stoisk z jedzeniem i sokami, pamiątkami, a po środku placu grupki ludzi zebranych przy dźwiękach egzotycznej muzyki, tradycyjnych tańców, odgłosach sprzedawców czy wokół zaklinaczy węży. Nie możemy się doczekać poranka, kiedy wrócimy tu ponownie..

MARRAKESZ. Marrakesz to miasto wyjątkowe. Potrafiło zachwycić nas  od  samego początku, od  pierwszego spaceru, gdy zobaczyliśmy je nocą. Mimo, że momentami dusiło swoją atmosferą, po chwili  zaskakiwało ponownie i fascynowało nawet drobnymi szczegółami.

Stary arabski poeta nazwał Marrakesz „czerwoną perłą rzuconą na Atlas”. Czerwone barwy budowli i murów otaczających miasto oraz panorama wysokich wierzchołków Atlasu na horyzoncie, niewątpliwie tworzy magiczny krajobraz, zwłaszcza o zachodzie słońca, gdy rozpoczyna się gra barw. Marrakesz przez niektórych uważany jest za najpiękniejsze miasto południowej części kraju (a nawet całego Maroka) – nie odwiedzając pozostałych miast trudno ocenić czy to prawda, jednak na pewno zasługuje ono na to miano. Podobno od arabskiego słowa oznaczającego miasto (mraksch), od którego wywodzi się nazwa Marrakesz (miasto nad miastami), utworzono nazwę całego kraju.  Założone przez Berberów w XI wieku – dziś jest trzecim pod względem wielkości miastem w kraju oraz głównym ośrodkiem marokańskiego Południa. Marrakesz to dawna siedziba sułtanów i stolica kraju. Początkowo pełniło funkcję bazy kontrolnej Atlasu Wysokiego, później przez stulecia było ważnym ośrodkiem handlowym i węzłem komunikacyjnym, gdzie docierały pustynne karawany z różnorodnymi towarami, takim jak skóry zwierząt, przyprawy, złoto czy wyroby rzemieślnicze. Ożywiony handel na terytorium miasta doprowadził do powstania rozległych suków, czyli targowisk, bazarów, na których handlowano tymi dobrami, i  których tradycje przetrwały do dziś. Poszczególne suki specjalizują się w określonych towarach – na jednych znajdziemy wyroby ze skóry, na drugich biżuterię, a  kilka uliczek w głąb także piękne dywany, lampy czy ceramikę.

Przez wieki do Marrakeszu docierały różne odmienne społeczności – od Berberów, po handlarzy, rzemieślników, ludów pustyni, a także niewolników, którymi handlowano tu aż do początku XX wieku. Wpływy tych kultur pozostały w mieście do dziś, a głównym miejscem ich interakcji jest serce miasta – Plac Dżemaa el-Fna. Zapewne to właśnie ta egzotyka  i wiekowe tradycje powodują, że z roku na rok Marrakesz staje się miastem coraz bardziej turystycznym – w całym kraju jest to najbardziej popularne miejsce wśród przyjezdnych.

Sercem miasta jest medyna, czyli stara muzułmańska dzielnica. Liczy powierzchnię ok. 650 ha, a zamieszkuje ją ponad 250 tys. mieszkańców. Pełna jest gęsto położonych, krętych uliczek tworzących skomplikowany labirynt, w którym nietrudno się zgubić. Medynę otacza  mur o 12-kilometrowym obwodzie i wysokości kilku metrów. W zależności od pory dnia, mury otaczający medynę przybierają barwy od  żółtej, przez pomarańczową, aż po głęboką czerwień – niczym w Baśniach tysiąca i jednej nocy.  Ta największa i najbardziej tętniąca życiem medyna w Maroku została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO w 1985 roku.

DZIEŃ 1

PLAC DŻEMAA EL-FNA. Naszą marrakeską  przygodę rozpoczynamy o poranku od śniadania na Placu Dżemaa el-Fna. Wdrapujemy się na taras jednej z knajp otaczających ten rozległy plac, by podziwiać go z góry o poranku, kiedy to dopiero budzi się do życia. Pierwsi sprzedawcy rozkładają swoje stoiska, pojawiają się  pospiesznie  nieliczne grupy, a taksówki wciąż nieuważnie przejeżdżają po jego środku. O tym klimatycznym miejscu słyszeliśmy już od dawna, dlatego pierwsze spotkanie było dla nas nie lada atrakcją. Delektowaliśmy się nie tylko widokiem, ale i słodkim marokańskim śniadaniem – baghrirem, czyli naleśnikiem z miodem i masłem oraz pierwszymi łykami Berber Whisky. Co takiego wyjątkowego ma w sobie ten plac? Z pozoru może się wydawać, że  niczym nie różni się od zwykłego rynku, gdzie sprzedawcy i kupcy dokonują codziennych transakcji. Na stoiskach znajdują się owoce, warzywa i inne produkty, ludzie mieszają się ze sobą, jedni gdzieś pędzą, inni  bacznie obserwują to, co dzieje się dookoła, siedzą w kawiarni i popijają kawę albo, tak jak my, właśnie rozpoczynają śniadanie. Na Placu nie ma żadnych zabytków, za to codziennie pojawiają się tu tłumy turystów.    Z czego to wynika? 

Po kilku dniach spędzonych w tym miejscu o każdej niemal porze,  śmiało mogę stwierdzić, że plac fascynuje i przyciąga swoim klimatem. Jest tu ta wyjątkowa egzotyka, która  sprawia, że chce się jej doświadczać jeszcze więcej. Natłok ludzi, liczne zaczepki i wszechobecny  gwar po kilku wizytach zaczynają oczywiście doskwierać (jest to najbardziej turystyczne miejsce w mieście), przez co czasami  prędko je opuszczaliśmy.  Może właśnie tu tkwi tajemnica  atrakcyjności Placu Dżemaa el-Fna –  toczące się tu  życie, hałas i dźwięki muzyki, tańca, okrzyki, zapachy pozwalają poczuć prawdziwe oblicze miasta. Doświadczasz tu wszystkich jego uroków, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych aspektów.

IMG_8820

IMG_8823

IMG_8822

IMG_8819

IMG_8818

Historia Placu Dżemaa el-Fna przypomina baśń. Opowieść o pradawnych kupcach i handlarzach, którzy przybywali na plac ze swoimi towarami i dobijali targu, opowieść o tancerzach i muzykach, magikach, którzy wykonywali tutaj swoje sztuczki przed wiekami. To tylko jedne z licznych reliktów Maroka, które przetrwały do dziś na tym magicznym placu. Możemy spotkać tu także kuglarzy, tancerzy gnawa, zaklinaczy węży i żmije w hipnotyzującym tańcu, opowiadaczy baśni, a nawet treserów małp. Gwarno i tłoczno na placu jest przez cały dzień, ale na prawdę tętnić życiem zaczyna  po zmroku, kiedy to na placu powstają liczne jadłodajnie na świeżym powietrzu serwujące różnorodne smakołyki marokańskiej kuchni w bardzo atrakcyjnych (niskich) cenach. W ciągu dnia na Dżemaa el-Fna znajdują się głównie stoiska ze świeżo wyciskanymi sokami pomarańczowymi, których jest tu aż 62!

Geneza nazwy placu może mieć dwa znaczenie. Pierwsze odnosi się do terminu „plac bez meczetu”, co nawiązuje to zaniechania świątyni w czasie panowania dynastii Sadytów. Druga teoria tłumaczy nazwę Dżemaa el-Fna jako „Zgromadzenie Umarłych”, jako miejsce na którym jeszcze do XX wieku dokonywano publicznych egzekucji. Ścięte głowy przestępców wystawiano tu na widok publiczny ku przestrodze. Sam plac Dżemaa el-Fna od 2001 roku figuruje na  Liście Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

Po śniadaniu schodzimy na Plac dla pierwszej konfrontacji. Ludzi nie jest tu jeszcze tak wielu, sprzedawcy świeżo wyciskanych soków już zajęli pozycje na swoich stoiskach i wdzięcznie wołają nas na jedną szklankę. Mimo wczesnej pory handel toczy się już pełną parą. Sprzedawcy pamiątek porozkładali swoje towary, treserzy małpek już przechadzają się po placu, marokańskie kobiety rozsiadają się na środku i zapraszają na tatuaż z henny, zaklinacze węży przy magicznych dźwiękach trąbki hipnotyzują czarne żmije, co i rusz przez plac przejeżdżają żółte mercedesy, nie bacząc na przechodniów. My dopiero wchodzimy w ten świat -uważnie przyglądamy się z boku wszystkiemu. Lekko onieśmieleni podchodzimy do zaklinaczy węży i żmii tuż przed nami zastygłych przy orientalnych dźwiękach muzyki. Nasłuchujemy chwilę i przyglądamy się widowisku – w rzeczywistości jest właściwie na odwrót, ponieważ żmije nie tańczą, a zamierają, nieruchomieją niczym zahipnotyzowane magiczną melodią. Znajdujemy się dosłownie metr od nich, a mimo to wyglądają jakby nie były prawdziwe. Nagle jednak ożywają tuż przed nami. Prosimy o zgodę na zrobienie zdjęcia, a dostajemy znacznie więcej! Jeden z zaklinaczy (mimo grzecznej odmowy) kładzie Maćkowi węża na szyję i ustawia do fotografii. Dobrze wiemy jak to się skończy, nie chcieliśmy wpaść w tego typu pułapkę, jednak na prawdę jest to nieuniknione. Wszystko dzieje się w zaskakującym tempie i zanim zdążymy odmówić,   Pan zdejmuje węża i prosi o sowite wynagrodzenie za tę „przyjemność”. Mimo niezadowolenia zaklinacza płacimy symboliczną kwotę i odchodzimy żegnani melodią, która na pewno głęboko zapadnie nam w pamięć.

6

20150129_122819

 
20150129_122739

 

MECZET KUTUBIJJA. Kierujemy się w stronę symbolu Marrakeszu, który dumnie góruje nad miastem i jest bohaterem większości zdjęć i pocztówek. Meczet Kutubijja dobrze widać już z daleka za sprawą 70-metrowego minaretu, który uważany jest za jeden z najwspanialszych w całym Maroko. Jego nazwa wywodzi się od arabskiego słowa „kutubijjun” oznaczającego „sprzedawców książek” – podobno w przeszłości na placu przed meczetem rozpościerał się  bazar, na którym handlowano książkami. Kutubijja to jeden z trzech wielkich zabytków, które zachowały się po dynastii Almohadów panującej w XII-XIII wieku. Kutubijja jest najstarszym z nich i została najlepiej zachowana w pierwotnej wersji. Meczet stanął w XII wieku zamiast budowli, która mieściła się wewnątrz zamku obronnego, na północ od obecnego budynku. Świątynia ma 90 metrów szerokości i 60 metrów długości. Mimo, iż z daleka zauważalny jest przede wszystkim dominujący charakterystyczny minaret, sam  meczet także posiada imponujące rozmiary – może pomieścić nawet 25 tysięcy wiernych i jest uważany za jeden z większych na  tych terenach.

Minaret Kutubijja to pięknie zdobiona wieża, na której każda ze stron wygląda inaczej – rozłożenie okien i zdobienia różnią się od siebie na poszczególnych ścianach. Minaret  zdobią liczne rzeźbienia w kamieniu oraz tradycyjne kolorowe płytki zulajdż, a nad kopułą wznoszą się trzy pozłacane miedziane kule – największa znajduje się na dole, a najmniejsza na szycie. Niestety wnętrza meczetu oraz minaret są zarezerwowane wyłącznie dla wyznawców islamu. Jako innowiercy nie mogliśmy wejść do środka świątyni – zwyczaj ten z resztą będzie nas obowiązywał także w innych miastach podczas reszty naszej podróży. Pozostaje nam podziwiać imponującą budowlę z każdej strony, gdzie szczególnie pięknie prezentuje się widok z miejskiego parku (tuż za meczetem) – smukły minaret dominuje nad deptakiem i rzędami palm, a jego odbicie można sfotografować w pobliskim stawie.

IMG_8825

10

11

IMG_8864

IMG_8860

 

SUKI. Kolejnym punktem na naszej trasie są suki, czyli rozległe miejskie bazary i targowiska, na których sprzedaje się różnorodne wyroby. Marrakeskie suki to największe (i podobno najbardziej fascynujące) w całym Maroku. Obszar suków o powierzchni jednego kilometra długości i kilkuset metrów szerokości rozciąga się na północ od ruchliwego centrum miasta, Placu Dżemaa el-Fna. Suki to labirynt małych i jeszcze mniejszych uliczek , krętych i często będących ślepymi zaułkami lub elementami układanki, w której zbiegają się gdzieniegdzie ich drogi. Targowiska w Marrakeszu otwarte są zazwyczaj do samego wieczora, głównie do godziny 20.00.

Cała dzielnica suków podzielona jest na mniejsze części i skupiska, które specjalizują się w wyrobie tych samych towarów. Kierując się z Placu Dżemaa el-Fna znajdziemy tu kolejno suk tkanin, suk z wyrobami wełnianymi, suk z dywanami, wyroby z miedzi, warzywa i owoce, jubilerów, suk producentów koszy, farbiarzy wełny, handlarzy obuwia i wyrobów skórzanych. Wizyta na sukach w Marrakeszu to przeżycie na prawdę fascynujące. Podczas wyprawy po Bałkanach dane nam (Maćkowi i mnie)  było znaleźć się na dużych miejscowych bazarach i targowiskach, jednak suki marrakeskie są zdecydowanie większe, a przede wszystkim logistycznie dużo bardziej skomplikowane. Wkraczając w pierwszą główną uliczkę już czujemy tutejszą atmosferę – wszędzie głośno i tłoczno, unoszą się specyficzne zapachy, a my gubimy się już po kilku minutach spaceru. Dookoła otaczają nas najróżniejsze widoki –  spiczaste buty porozwieszane od góry do dołu, kolorowe przyprawy usypane w wysokie stożki,  srebrne wyroby i biżuteria, mieniące się lampy, masywne dywany wiszące nad naszymi głowami, owoce wysypujące się z koszy,  kury w klatkach i surowe  mięsa dominujące nad ladami. Zewsząd dochodzi hałas i nawoływania, głośne rozmowy transakcji kupna i sprzedaży. Przyglądamy się wszystkiemu z zaciekawieniem, co jakiś czas zatrzymując się na chwilę przy stoiskach, robiąc zdjęcia i dziękując za zaproszenia sprzedawców.

IMG_8868

 

IMG_8869

Cały spacer zajmuje nam dobrą godzinę, aż w końcu docieramy do końca suków i wychodzimy na niewielki plac Ben Jusufa. Znajduje się tu kilka obiektów wartych obejrzenia: Medresa Ibn Jusufa, Meczet Ibn Jusufa – niestety niedostępny, oraz Kubba Almorawidów.

MEDRESA IBN JUSUFA. Dla nas najważniejszym z nich jest Medresa Ibn Jusufa, czyli szkoła koraniczna, uważana za jedną z najwspanialszych w Marrakeszu i jedną z kilku najpiękniejszych w całym kraju. Wzniesiono ją w XIV wieku. W szkołach koranicznych nauczano Koranu, prawa oraz języka arabskiego. W Medresie Ibn Jusufa uczyło się około 900 studentów, a nauczania zaprzestano dopiero w 1960 roku.  Medresa robi imponujące wrażenie głównie swoimi bogatymi zdobieniami i rzeźbieniami, które zachowały się tu w pierwotnym stanie. Centralnym jej miejscem jest niewielki dziedziniec otoczony przez cztery wysokie ściany o skomplikowanych dekoracjach. W ścianach ze względu na obowiązujący zakaz przedstawiania postaci (ikonoklazm), wyrzeźbione zostały głównie motywy roślinne, geometryczne oraz wersety z Koranu. Jednym z charakterystycznych motywów są także piękne kolorowe płytki zulajdż tworzące bajeczną układankę. Na środku dziedzińca znajduje się prostokątny basen do ablucji, czyli rytuału obmycia. Naprzeciw wejścia do Medresy mieści się ciemna sala modlitewna z bardzo ważnym elementem – mihrabem, który wskazuje kierunek Mekki. Medresa Ben Jusufa rzeczywiście robi na nas ogromne wrażenie. Warto ją zobaczyć dla przepięknych zdobień i majestatycznego dziedzińca oraz pokoi mieszkalnych dla studentów, które zachowały się w jej wnętrzu.

IMG_8874

IMG_8885

IMG_8902

14

IMG_8891

IMG_8898

IMG_8906

20150129_150454

20150129_150458

IMG_8878

IMG_8896

mihrab

KUBBA ALMORAWIDÓW. Po drugiej stronie Placu Ben Jusufa znajduje się ciekawy i niepozorny obiekt – Kubba Almorawidów.  Jest to niewielka szara budowla przykryta kopułą, która stoi częściowo poniżej powierzchni terenu. Początkowo trudną ją zlokalizować, ponieważ przypomina małą świątynię wciśniętą gdzieś pomiędzy pozostałe budynki. Wzniesiono ją w XII wieku jako pomieszczenie do rytualnego obmycia przy pobliskim meczecie. Dziś Kubba ukazuje przede wszystkim, jak bardzo przez 900 lat zmieniała się wysokość placu. Poziom placu, na jakim została zbudowana znajdował się dużo niżej niż obecnie, a  poziom gruntu stale się podnosił, w efekcie zakrywając budynek. W 1954 podczas prac wykopaliskowych Kubba została odkryta i uznana za jedyną w pełni zachowaną budowlę z tego okresu.

Na Placu Ibn Jusufa zachodzące już słońce pięknie okalało pobliskie świątynie, które o tej porze przybrały  kolor pomarańczy. Wzywani nawoływaniami muezzina wierni gromadzili się w meczetach, a do jednego wzywania dołączały kolejne, by w końcu zagłuszyć wszystkie pozostałe odgłosy i dźwięki ruchliwych uliczek. Odpoczywając i obserwując życie na placu byliśmy jak zahipnotyzowani tymi pięknymi dźwiękami, przypominającymi tajemnicze odległe pieśni. Mimo, iż obecnie wielu muezzinów nie wzywa już na modlitwę nawołując ze szczytu minaretu, a powszechnie używa się głównie głośników – dla nas każde kolejne nawoływanie będzie brzmiało równie fascynująco. Jest to doświadczenie, które trudno opisać, bezcenne niematerialne wspomnienie, które sprawia, że jeszcze bardziej czujemy się częścią tutejszej rzeczywistości.

Po zachodzie słońca kierujemy się z powrotem na Plac Dżemaa el-Fna, gubiąc się po drodze na sukach. Gdy docieramy na plac, nocne życie właśnie się tu rozpoczyna. Wszyscy sprzedawcy i handlarze czekają już na swoich stoiskach, otwarte jadłodajnie serwują pierwsze dania, dym z grilla i mnogie zapachy unoszą się  nad całym placem. Po kolacji zjedzonej w tutejszej knajpie wchodzimy w sam środek tego ruchliwego mrowiska. Kupujemy  świeżo wyciskany sok, przyglądamy się wielu miejscowym przysmakom wystawionym na widok publiczny. Tu owoce i warzywa, tam słodycze, mięsa i owoce morza. Są nawet i ślimaki oraz pieczone baranie głowy.  Zaciekawieni próbujemy tych pierwszych i z pewnością możemy traktować to jak spore wyzwanie czy przygodę. Kasia okazała się wytrwałą zawodniczką, a my jej wiernymi kibicami – zjadła znacznie więcej niż byśmy się spodziewali. Dookoła nas siedzieli sami Marokańczycy delektujący się kolejną miską i nie zwracali zbytnio uwagi na nasze ożywione reakcje. Więcej o ślimakach, ich smaku i formie podania jednak w oddzielnym poście.

Kiedy myślimy, że to już koniec wrażeń  na dziś, w samym środku ruchliwego placu poznajemy młodego Marokańczyka, który – jak się później okazało – spędzi z nami kolejny dzień.  Pokaże nam dużo więcej niż moglibyśmy sobie zamarzyć – dzięki niemu przekonamy się, co znaczy marokańska gościnność, poznamy uroki podróżowania po mieście w 6-osobowej taksówce, poznamy sekrety domowego kuskusu i  miętowej herbaty, posłuchamy marokańskiej muzyki  i gry na bębnie, pospacerujemy ulicami Marrakeszu  i będziemy uciekać przed szalonymi kierowcami.

Podziel sięShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestEmail this to someoneShare on LinkedIn

2 Comments Add yours

  1. gorzat napisał(a):

    Kara, bardzo przyjemnie się czyta. W przystępny sposób wplatasz wstawki z historii, więc można się ‚niechcący’ sporo dowiedzieć. Super:)

    1. travelsfool napisał(a):

      wow, super! miło mi to słyszeć, dziękuję 🙂 dobrze wiedzieć, że taki styl i konsekwencja mają sens 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *